Dziennik z podróży po targach BIOFACH 2005 

Festiwal wege - Kożyczkowo 2005 
(sierpień 2005)

Dziennik z podróży po targach BIOFACH 2006 

BIOFACH I VIVANESS 2007
Norymberga, Centrum Targowe 


Festiwal Wegetariański Nie Zabijaj 
(lipiec)

Festiwal - Wolimierz 2006 
(sierpień)

Spotkanie z profesorem Skolimowskim 

MIĘDZYNARODOWY DZIEŃ WEGETARIANIZMU 
(październik)

Letni Festiwal w Kożyczkowie 
(lipiec 07)

Gotowanie makrobiotyczne
w Kiental Szwajcaria 

(styczeń 2008)

Wyprawa duchowa
do Indii 

(luty-marzec 09)

EkoConnect - Targi Żywności bio w Polsce 
(maj 09)

NOC KUPAŁY
z szamanem z Helsinek 

(czerwiec 2009)

Kurs masaży i makrobiotyki Łeba 2009 
(wrzesień 2009)

Wyprawa do Szkocji 
(lipiec-sierpień 09)

Kartka z 13. głodówki leczniczej 
(Łeba 2010)

TARGI ŻYWNOŚCI BIO - BIOFACH 
(Norymberga 2010)

ORGANIC MARKETING FORUM 
(2010)

FESTIWAL WEGETARIAŃSKI 
(Kożyczkowo 2010)

Targi Ekologia dla Rodziny EcoFamily 
(marzec)

Festiwal wegetariański 2011 
(Kożyczkowo lipiec)

FESTIWAL WEGETARIAŃSKI 
(Kożyczkowo 2012)

Kartka z głodówki leczniczej  
(Łeba 2012)

Organic Marketing Forum 
(maj 2012)

FESTIWAL WEGETARIAŃSKI 
(Kożyczkowo2013)

Targi Organic Marketing Forum 
(czerwiec 2013)


Spotkanie z profesorem Skolimowskim 



14 czerwca w szacownym Domu Literatury w Warszawie przy Krakowskim Przedmieściu miało miejsce ciekawe spotkanie. Towarzystwo Przyjaciół Filozofii Ekologicznej i Oficyna Wydawnicza Vega zaprosili na dyskusję wokół najnowszej książki prof. Henryka Skolimowskiego – Geniusz Światła a Świętość Życia.

Licznie zebrani na sali wysłuchali też wierszy Juanity Skolimowskiej – W ciszy Natchnienia.

Co jest ważniejsze: opis rzeczywistości, czy wizja? Wizja – twierdzi Profesor.

Dlaczego człowiek jest piękny i aspiruje do piękna?

Czy to jest naiwność, czy tani optymizm?

Nie. Uważam, że optymizm jest dobrą metodą, aby przejść przez meandry życia – zaczął Profesor, a potem już tak jak w filmach Hiczkoka temperatura zaczęła rosnąć.

Moim powołaniem i obowiązkiem – mówił Profesor – było stworzyć Kosmologię, która prowadzi do szczęścia i daje wolność. Jest to droga niełatwa, może nie na jutro, a może na pojutrze?

Kosmologia Światła to zaproszenie do szczęśliwego życia, w odróżnieniu do dotychczasowych kosmologii, np: Nauki, która obarczyła nas kajdanami dogmatów, czy Religii, które nieuchronnie zawsze prowadziły nas do wojen.

Przez różowe okulary widzimy świat na różowo, przez czarne nie widzimy nic.

Profesor uważa, że warto włożyć te różowe, aby zobaczyć Przestrzeń Kosmiczną – Nową Kosmologię lub Kosmologię Światła. Później już będzie łatwiej, bo przecież: im bardziej jest piękna rzecz, to tym bardziej istnieje.

Światło jest źródłem wszystkiego co istniało i istnieje. Z tego światła zrodził się pył kosmiczny, a potem wszystko co żyje, sztuka, religia, symbole bogów i sami bogowie. Pojawiły się też dogmaty i wojny religijne. Światło jest Wielką Matką, obfitością, jest nieograniczone. Daje swój pokarm szczodrze każdemu, dlatego możemy powiedzieć, że żyjemy w Kosmosie obfitości. To są fundamenty wszystkiego i wszystko z nich wynika. – mówił Profesor, twórca Współczesnej Kosmologii Światła.


Henryk Skolimowski uważany jest za jednego z najwybitniejszych twórców eko-filozofii, uczeń Kotarbińskiego i Ajdukiewicza na Uniwersytecie Warszawskim, doktorat na Uniwersytecie Oksfordzkim. Następnie radykalnie uwolnił się od filozofii analitycznej i całego myślenia technicyzującego. Pozwoliło mu to na stworzenie ekofilozofii, ekoteologii i teorii umysłu partycypującego. Jego główna koncepcja, to Świat jako Sanktuarium.
Wykładał na Uniwersytecie Południowo-kalifornijskim oraz na uniwersytecie Michigan Ann Arbor.
W latach 1992-1997 kierował pierwszą w świecie Katedrą Ekofilozofii na Politechnice Łódzkiej. Opublikował ponad 40 książek i ponad 500 artykułów. Współpracował z UNESCO i światowymi organizacjami ekologicznymi.



Moja droga do gwiazd. Podróże kształcą

Podróże kształcą, mówi stare przysłowie. Tak, kształcą, ale tylko jeśli jesteśmy otwarci na nowe rzeczywistości. Co to znaczy? To znaczy, że nie jesteśmy zamknięci w sobie, że jesteśmy otwarci na nowe doświadczenia, na doświadczenia, których nie doznawaliśmy w poprzednich stadiach i etapach naszego życia. Aby to się stało, musimy zawiesić nasze dotychczasowe wierzenia, sądy, przekonania i przesądy. Ta umiejętność zawieszenia swoich wierzeń, ta otwartość na przygodę jest warunkiem niezbędnym do odbycia podróży, które kształcą i zmieniają nas w tym procesie. Tak, w nowych rzeczywistościach, bo to jest właśnie klucz. Stajemy wobec nowych zjawisk, kultur, nowych typów zachowań ludzkich i szeroko otwartymi oczyma powiadamy: Ach, jakże jest to możliwe? Jest możliwe, bo jesteśmy w nowej rzeczywistości. Nasze stare nawyki i zastane typy reakcji prowadzą nas do zdziwienia – do stanu określonego jako nie do wiary. Musimy to skomentować: nie do dawnej wiary. Jak ja to przeżywałem w moich doświadczeniach i podróżach? Punkt zasadniczy: im zjawiska i kultury były dalsze od mego zastanego doświadczenia, tym wię­cej wywoływały zdziwienia, fascynacji, dreszczyku poznawczego i przecierania oczu.






Indianie szczepu Hopi

Spędziłem wiele tygodni, jeśli nie miesięcy w stanie Arizona, gdzie jest chyba największa liczba rezerwatów In­dian. Są tam rezerwaty Apaczów, Navajo, Hopi. Zaznajomiłem się trochę z etosem Indian Hopi. Stanowią oni małą enklawę w ogromnym rezerwacie Indian Navajo, którzy nazywają siebie narodem Navajo. Byłem kilkakrotnie na uroczystości tradycyjnych tańców, które są związane z ich obrzędami i wierzeniami. Pamiętam szczególnie jeden z tych tańców, bo trwały one kilkanaście godzin, tzw. taniec kukurydzy (corn-dance). Kukurydza jest bardzo cenną rośliną zarówno dla Hopi, jak i dla Navajo i innych Indian. Dla corocznego prze­trwania Indian szczepu Hopi zbiór kukurydzy jest tak ważny, że przy sadzeniu śpiewa się i tańczy wokół niej, aby dobrze wzeszła. Ceremonialny coroczny taniec jest symboliczną uroczystością, która gromadzi całą ludność. Naprzód wojownicy lub też młodzi mężczyźni schodzą w dół do tzw. Kivy. Kiva jest małą świątynią, wykopaną w ziemi. Mają do niej wstęp tylko ci, którzy będą wykonywali tańce, połączone ze śpiewem liturgicznym, trochę dzikim, ale bardzo inspirującym i naładowanym energią. We wnętrzu Kivy wojownicy malują swe ciała specjalnymi kolorami, jak również zakładają specjalne maski. Każda z nich nazywa się kachina (kaczina) i każda jest inna. Z chwilą nałożenia maski młody mężczyzna przestaje być człowiekiem, a staje się duchem; następuje transformacja z osoby cielesnej w osobę, która jest duchem. Teraz tańczą już nie ludzie, lecz duchy. Czy można w to uwierzyć – w środku potężnego imperium, zwanego Ameryką, gdzie kult technologii i wartości materialnych jest tak dominujący, i gdzie „zabobony dzikusów” ma się za nic? Można w to wierzyć i oni w to wierzą. Rozmawiałem na ten temat z młodą kobietą, Amerykanką, która wyszła za mąż za jednego z lndian Hopi, przygotowującego się właśnie do ceremonii. Spędziła ona w rezerwacie, we wsi hopijskiej, cztery czy pięć lat. Trzeba pamiętać, że Hopi żyją ubogo, a nawet bardzo nędznie, jak na warunki amerykańskie. Czy Ame­rykanka ta czuła się umniejszona i upokorzona tym hopisowskim stylem życia? Wprost przeciwnie. Twierdziła z euforią: Tutaj jest cywilizacja i kultura. Tutaj jest głębia. A tam, wskazując na główny nurt Ameryki, to blichtr i powierzchowność. Nie skrywała swojej pogardy. Zapytałem ją, co się dzieje po tańcu. Wojownicy wracają do Kivy, zdejmują maski, zmywają farbę z ciała i przeistaczają się w osobniki ludzkie. Zapytałem: Bez problemów? Odpowiedziała: Tak, bez problemów.
A jak to jest z tym śpiewaniem do sianej kukurydzy? Czy to pomaga? Czy też trzeba to między bajki włożyć – jak my wykształceni biali ludzie mniemamy?
Znakomita większość Polaków i Europejczyków uśmiechnęłaby się tylko z powątpiewaniem, jeśli nie z politowaniem, że śpiewanie do sadzonej kukurydzy może pomóc w jej wzroście. Tak samo myślą Amerykanie. Aby udowodnić tym, jak to się kiedyś mówiło, dzikusom, a jak się obecnie mówi Autochtonom (Native-Americans), że ich wierzenia to zabobony i bzdury, ekipa z Ministerstwa Rolnictwa Stanów Zjednoczonych przyjechała do plemienia Hopi (z ich przyzwoleniem, nota bene), aby dokonać eksperymentu; kontrolowanego, naukowego eksperymentu. Wybrano dwa pola o identycznych warunkach glebowych i kli­matycznych. Na jednym polu posadzono kukurydzę, podczas gdy Indianie śpiewali specjalne pieśni przy zasadzaniu. Na drugim posadzono kukurydzę bez żadnego śpiewania. Rezultat? Kukurydza zasadzona podczas śpiewania wydała o wiele obfitsze plony. Co do tego nie było żadnej wątpliwości. I co się stało? Nic się nie stało. Gdyby było inaczej, zaraz by się ukazały sążniste artykuły, opisujące zabobony Hopisów i udowadniające, że śpiew nie ma nic wspólnego ze wzrostem kukurydzy. A ponieważ nie stało się tak, jak przewidywali naukowcy, zos­tawiono tę sprawę cichutko na boku. Czy bowiem człowiek racjonalny może wierzyć, że śpiew pomaga rosnąć kukurydzy? Tak, jeśli się zawiesi swoje dotychczasowe wierzenia i przekonania. Wtedy z tolerancją można orzec: być może jest to możliwe, chociaż poza ramami naszego obecnego rozumienia. To był jeden z przykładów moich podróży, które kształciły, które otwierały mnie na nowe do­świadczenie i nowe widzenie świata. Tego rodzaju doświadczenia przeorały moją osobowość i moje perspektywy dotyczące tego, co jest możliwe, jak również przekonały mnie, że nasz tak zwany naukowo-techniczny światopogląd nie jest jedynym uprawnionym, i że można inaczej; można zupełnie inaczej postrzegać świat, rozumieć świat i inaczej być w nim.




Dziwna energia Chi

Moje podróże do Japonii, Chin i Korei otworzyły mi oczy na zjawisko energii chi (czi), której istnienie jest zupełnie pominięte w naszym systemie myślowym, w naszym rozumieniu świata. Czym jest chi? Nie łatwo to zdefiniować, szczególnie w naszym zachodnim języku (czy językach). Istnienie chi jest wszechprzenikające język, zarówno japoński jak chiński. Śmierć po chińsku to złamane chi. Cała akupunktura opiera się na rozpoznaniu energii chi i jej właściwym równoważeniu. Dziwna kultura (Chiny, Japonia, Korea), która wierzy w zjawiska, o których nam się nie śniło, i która buduje na tych zjawiskach całe systemy leczenia i terapii, jak chi-­gong, tai-chi lub akupunktura. Zawsze fascynował mnie Lao-Tsu i jego nie­śmiertelny traktat poemat Tao Te ching, który zaczyna się słowami: Droga, którą można określić i zdefiniować, nie jest prawdziwa drogą. Prawdziwej drogi nie da się określić i zdefiniować. Naszą pierwszą i naturalną reakcją jest: Jakże można na takich sprzecznościach budować cały system myślenia i życia? A jednak można. Podróż do kraju Lao-Tsu (Chiny), podróż do Kraju Kwitnącej Wiśni i Zen Buddyzmu (Japonia), zetknięcie się z ludźmi, którzy budują swoje życie na poglądach zupełnie innych niż nasze, przekonały mnie, że nasze podwórko jest ograniczone.


Kraj słonecznej radości

Z Grecji, Meksyku i Brazylii wyniosłem inną naukę, naukę o radości życia; o radości życia niemal we wszelkich warunkach, o konieczności radości życia. Są to kultury promienne, uśmiechnięte, pogodne, które wiedzą, jak żyć. Nie mówię tu o miastach-monstrach, jak Mexico-City czy Ateny, ale o zapadłych wioskach, w których żyje się biednie, ale radośnie. W porównaniu z ponurymi i zawsze zaganianymi anglo-sasami przebywanie w zapadłych zakątkach Grecji, Meksyku czy Brazylii jest powiewem świeżego wiatru, wytchnieniem, ulgą. Tu nie chodzi o wychwalanie życia prostego (chociaż i o to też chodzi), ale o stwierdzenie, że cywilizowany zachód zatracił sens życia, zagubił radość. W pogoni za sukcesem ludzie stali się wiatrakami, które wirują, wirują i nic z tego nie wychodzi. Im dłużej obserwowałem ludzi wiatraki, tym głębiej byłem przekonany, że prawda życia leży po stronie Latynosów, Greków i im podobnych. Z jaką radością ruszałem do prymitywnych zakątków, aby w cieniu palm jeść zwykłe placki kukurydziane (tortillas), słuchać muzyki granej przez Mariachi i obserwować ich pozornie leniwe a beztroskie życie. Tu nastę­powała odnowa życia.

Dlaczego życie w molochu maszyny zachodniej jest nieznośne? Bo jest uciążliwe, stresujące, pozbawione radości, a w ostatecznej konsekwencji – pozbawione sensu. Aby to właściwie dostrzec, trzeba uciec od molocha i zatopić się w magmie życia pierwotnego, prymi­tywnego, tętniącego rytmem tańca i radością życia. Tak ja to odbierałem i tak odnawiałem radość swego życia. Na marginesie, Grecja jest krajem najmniejszej liczby samobójstw na 1000 mieszkańców.





Juanita Skolimowska studiowała w St.Josephe College, Connecticut, USA, następnie na uniwersytecie w Madrycie, w Tuszponie. Magisterium uzyskała z San Francisco State Uniwersity w Kaliforni. Juanita jest rzeźbiarką . Tworzy figury z terrakoty rzeźby w marmurze. Uczestniczyła w trzech wystawach indywidualnych w Polsce.

W ciągu ostatnich 25lat poezja stała się częścią jej życia i formą artystycznego wyrazu. Poematy były inspirowane doświadczeniami miłości, przyrody i życia samego. Obecny zbiorek jest wyborem jej poematów pisanych przez Cola. Przez ostatnie 14lat mieszkała w Polsce, co pozwoliło jej widzieć świat z nowej perspektywy. Stąd też wszystkie wiersze oferowane są w dwóch językach- angielskim i polskim.




Doświadczenia Oxfordu

Teraz trzeba powiedzieć słów kilka o krajach, w których spędziłem przeważającą większość swego pobytu za granicą, i w których kształtowało się moje dojrzałe życie w stopniu największym. Są to Anglia – sześć lat pobytu i Stany Zjednoczone – 21 lat pobytu. Moje wielkie przygody ze światem zaczęły się od Anglii. W roku 1959 St. Antony’s College zaoferował mi stypendium na robienie doktoratu w Oxfordzie.

Był to prawdziwy uśmiech fortuny. Oxford to bardzo szczególne miejsce. Jeden z naj­starszych uniwersytetów Europy i ciągle jeden z naj­lepszych. Stare dostojne mury sprzyjają refleksji i doskonaleniu się młodych umysłów. Oxford jest pewnego rodzaju klubem – bardzo ekskluzywnym. Tylko najlepsi są do niego przyjmowani. Jednak wewnątrz klubu panuje nie kumoterstwo – jeśli tu już jesteś, to my cię poprzemy bez względu na to, co reprezentujesz. Dewiza jest inna: jesteś między najlepszymi, wobec tego wykaż, że do naszego bractwa należysz, wykaż się intelektualnie. Pokaż, że jesteś autentycznie częścią potencjalnej elity światowej. Tego rodzaju środowisko jest wyzwaniem i wyzwoleniem, bo w takim scenariuszu trzeba dać z siebie wszystko, aby się wykazać i sprawdzić. Jest wyzwoleniem, bo te wszystkie poprzednie układy, małe sitwy i bagienka znikają. Jest się zdanym na siebie. Własny walor decyduje o przyszłości. To była dla mnie wielka przygoda, zarówno intelektualna, jak i duchowa – znaleźć się w znakomitym środo­wisku, które cię traktuje jak równego. Prowadzi to do wiary w siebie, do przekonania, że się coś znaczy, że ma się jakąś rolę do odegrania w tym świecie.

Mój pobyt w Oxfordzie to było okrzepnięcie we­wnętrzne, jak również potwierdzenie, że starożytny ideał grecki, który sobie zawsze tak ceniłem: arete (dążenie do doskonałości w tym, do czego jesteśmy powołani) jest ciągle świetnym przewodnikiem. Moje lata w Oxfordzie wyleczyły mnie z polskiej zaściankowości, uczyniły mnie człowiekiem bardziej uniwersalnym. Był to wpływ subtelny, a głęboki. Nikt mnie nie namawiał, abym się wyzbył parafiańszczyzny, ale stworzono mi warunki, abym się czuł bardziej człowiekiem Kosmosu niż człowiekiem nadwiślańskich równin i wierzb płaczących.



Cztery łyki Ameryki

Zupełnie inny był wpływ Ameryki na moje kształtowanie wewnętrzne i moją wizję, czym jest świat i kim bym chciał w nim być. Mit Ameryki był prze­potężny w drugiej połowie tego stulecia, szczególnie w latach sześćdziesiątych. Ameryka była nie tylko Eldorado, ale też krajem spełnionej przyszłości. W roku 1964, kiedy znalazłem się w Stanach, pano­wała tam ciągle aura Kennedy’ego. Ale szybko to się zaczęło zmieniać, szczególnie, gdy wojna wietnamska podzieliła społeczeństwo. Do roku 1970 mieszkałem w Los Angeles i wykładałem w Uni­wersytecie Południowo-Kalifornijskim. Wydawałoby się – szczyt marzeń i snów. Niektórzy wokół mnie tak uważali i starali się nakłonić mnie do tego poglądu. Ale moje obserwacje i przeżycia wiodły w innym kierunku. Im dłużej przebywałem w Kalifornii, tym bardziej wydawało mi się, iż mniej rozumiem Amerykę, lub – inaczej i głębiej – tym bardziej Ameryka odstawała od mego ideału, jakim miała być.

Jak to się objawiło? Po prostu obserwowałem ludzi, styl ich życia i ich poczucie szczęścia. Zaobserwowałem bezustanny pośpiech, zaganianie. A temu towarzyszył narastający stres. Zdziwiło mnie, że ludzie w czasie Bożego Narodzenia, zamiast godziwie świętować, nadrabiali zaległości z poprzednich tygodni. Wiodło mnie to do głębszej refleksji – kim są ci ludzie? W całym społeczeństwie, jak również uczelniach, jednym z głównych haseł było: Jak się sprzedać skutecznie? Z początku wydawało się to fascynujące. Po głębszej analizie okazało się, że byli to ludzie sprzedający siebie na targu; niekiedy w sposób subtelny, niekiedy w mniej subtelny. Tego rodzaju filozofia życia prowadzi często do różnych kompromisów, do zawieszenia poczucia godności.

W ostatecznej konsekwencji – do skurczenia się kondycji ludzkiej. I otóż miałem odpowiedź, dlaczego czuję się niewygodnie w Kalifornii i Ameryce. Warunki życia zmuszają tu człowieka do równania w dół, do umniejszania siebie, aby się łatwiej sprzedać. Wydawało mi się, że jest to wulgarne. W końcu doszedłem do wniosku, że Ameryka jest wulgarna. Jeśli to ma być przodujące społeczeństwo świata, to ja do niego nie należę. Tak sobie postanowiłem. Pomogło mi to w stworzeniu dystansu do Ameryki, wypracowaniu stylu życia, który pozwolił mi spokojnie przetrwać w tym wariackim kotle. Tutaj muszę wyraźnie skonstatować, że miałem i mam wielu wspaniałych przyjaciół w Ameryce, miedzy Amerykanami. Ale to były jednostki, indywidua, odstające od głównego amerykańskiego etosu, ­a nie wcielone w jego magmę. Co mnie najbardziej bulwersowało w tej głównej magmie amerykańskiego etosu to:

l. Blichtr wewnątrz – pod powierzchnią, która jest wypolerowana i nawet świecąca. W pewnym sensie to jest właśnie symbolem kwintesencji Ameryki (jeśli możemy w ogóle mówić o jakiejś kwintesencji).

Co widzimy to ciągłe udawanie że jest się kimś, i znaczy się coś więcej niż tak jest w istocie. Co widzimy, to ciągłe gesty udające znaczenie, a w samej rzeczy ukrywające pustkę. To jest właśnie demonstracja tych świecących powierzchni.

2. Brak solidarności z innymi ludźmi. Każdy sobie rzepkę skrobie. Po prostu egoizm i sobkostwo. Schowana pod tym sobkostwem, czai się ukryta agresja, która jest dominująca w amerykańskim sposobie życia. To sobkostwo i agresja niestety rozlały się na cały świat.

3. Fundamentalna pustka głębszych wartości, która jest wypełniona pogonią za sukcesem za wszelką cenę. A jest to pogoń za sukcesem nieosiągalnym. W samej rzeczy jest to pogoń za iluzjami sukcesu.

4. Fenomen cywilizacji bez głębszej kultury, bez głębszej troski o człowieka, bez głębszej troski o świat cały.

Gdy widzę, co się obecnie dzieje w Polsce, nie mogę powstrzymać się od spostrzeżenia, że to jest... ta sama wulgaria. Zadaję sobie pytanie: czy po to wracałem do Polski? Co wyniosłem z mego doświadczenia amerykańskiego? Aby wyrazić to w pozytywnych terminach, to przeświadczenie, że nie ma się czego wstydzić, będąc Polakiem. Tak więc doświadczenie amerykańskie w pewnym sensie wiodło w odwrotnym kierunku niż doświadczenie angielskie. Po pobycie w Anglii czułem się mniej Polakiem, a bardziej czło­wiekiem uniwersalnym. Po pobycie w Ameryce zacząłem sobie cenić walory etosu polskiego: ­godność, wielkoduszność, honor, gotowość poświęcenia się dla innych. Ten nawrót do polskości był niejako rezultatem mego zdegustowania materialistycznym etosem Ameryki. Postanowiłem nie dać się utopić w konsumpcyjnej zupce lub w triumfalnej hosannie ku czci wszechpotężnego dolara. Ameryka okazała się cywilizacją złotego cielca. Nie do takiej Ameryki jechałem.

Z przykrością muszę stwierdzić, że nie do takiej Polski wracałem, w roku 1990, jaką się okazała po 15 latach rzekomego wyzwolenia. Jesteśmy obecnie ogarnięci etosem amerykańskim – takim właśnie jak go scharakteryzowałem: konsumpcja, powierzchowność, pośpiech, brutalność, wulgaria. Wszystko to nie składa się na sensowne i godne życie. W swej podświadomości Polacy o tym wiedzą. Ale udają, że wszystko jest OK. Taka sama postawa jak w USA: wewnętrzne rozdarcie i cichy szloch pośród szaleństwa konsumpcyjnego. Pytam siebie, dlaczego Polacy dali się na to nabrać?







Bajeczne Indie

A teraz o Indiach. Bajeczne, niewiarygodne, wspaniałe, kolorowe Indie. One wywarły chyba największy wpływ na moją psychikę, moje przeznaczenie. Ich rola była największa w uświadamianiu mi, kim jestem. Indie są bajecznie kolorowe i takie inne.

Kiedy myślę o Indiach, jednym z głównych obrazów, jaki jawi mnie się przed oczami, jest wielki drewniany wóz o ogromnych kołach, ciągniony przez dwa białe bawoły. To jest obraz, który spotkałem zaraz po opuszczeniu lotniska w Madrasie. Te majestatyczne woły, ciągnące drewniany wóz – tak, jak to było trzy tysiące lat temu. Dla mnie to nie obraz zacofania, ale trwałości Indii. I inności Indii. W całym świecie cywilizacja zachodnia narzuciła społeczeństwom i kulturom nasz styl, który jest widoczny wszędzie – w ubiorze, w organizacji życia, w sposobie myślenia. W Indiach jest inaczej. Indie są ciągle odrębną rzeczywistością. Kobiety – jak motyle – odziane są w kolorowe sari, nawet te pracujące na polu i przy budowie dróg. Mężczyźni w swych nieodzownych kurtach i pażamach. Bardzo to sensowny rodzaj ubioru na klimat in­dyjski. Nie chodzi mi o te wizualne, a więc powierzchowne aspekty Indii. Chodzi mi o coś głębszego. O zachowanie ciągłości i głębi życia duchowego. Indie są krajem, w którym człowiek o aspiracjach duchowych nie musi przepraszać za swoje istnienie. Indie są wyzwoleniem dla ludzi, w których tkwi iskra duchowości. Indie są wyzwaniem dla ludzi, którzy czują w sobie odpowiedzialność za swoje życie duchowe i za życie duchowe innych. Tu traktuje się poważnie człowieka jako osobę duchową.

W Indiach między ludźmi myślącymi, a również tymi bardzo prostymi, rozmowa na tematy duchowe, religijne, o Bogu, o głębi człowieka jest rzeczą codzienną. I to jest bardzo piękne, budujące. Pobyt w Indiach jest dla mnie zawsze naładowaniem akumulatorów duchowych. Opowieści o Indiach jako o kraju nędzy, teorie, że ludzie w Indiach żyją życiem duchowym, bo ich nie stać na godziwy tryb życia, trzeba między bajki włożyć. To są wymysły ludzi bardzo zubożałych duchowo, którzy zasłaniają swoje ubóstwo duchowe, wytykając innym niski standard życia materialnego. Myślimy na zacho­dzie, że mamy wysoki standard życia, ponieważ dużo konsumujemy. Cóż za złudzenie! Ale nie będziemy się wdawać w polemiki. Podróże do Indii i przebywanie w Indiach przywróciły mi wiarę w życie duchowe, w życie pełne, w życie, które nie jest surogatem, ale jest sięganiem po gwiazdy. Cały świat jawi mi się jako jedno pasmo sakralności, a wszystkie zjawiska świata naturalnego – jako święte objawy Boga. Nie nauczyłem się tego w Indiach. Wszyscy o tym wiemy w naszych pierwotnych intuicjach. Ale w Indiach nauczyłem się na nowo afirmacji i odwagi w słuchaniu moich pierwotnych intuicji.

Moja filozofia ekologiczna jest tylko filozoficznym uzasadnieniem mego przekonania o pięknie, o wyjątkowości, o sakralności życia całego. Ta wiara jest o wiele głębsza niż to, co się nazywa w obecnym chrześcijaństwie wiarą w Boga. Jakie mam na to dowody, że duchowość hinduska jest żywa i płomienna, podczas gdy duchowość obec­nego chrześcijańskiego zachodu jest martwa? Nie mam żadnych naukowych dowodów. Gdy jednak wspominam Indie w mojej pamięci, to widzę te iskrzące się, płomienne oczy; bardzo często nawet u żebraków. Gdy ląduję na wielkich lotniskach europejskich po powrocie z Indii, czy to w Lon­dynie, czy we Frankfurcie, czy w Warszawie, to widzę tak samo smutne bezbarwne twarze i oczy bez uśmiechu. Zaraz też tęsknię za iskrzącymi się oczyma Hindusów, za ich promienną duchowością. W mojej duszy nie potrzebuję dowodu. I wiem, że moja intuicja mnie nie zawodzi. W sprawach ostatecznych mamy dobre rozeznanie, co jest wartościowe, a co jest blichtrem.


Podsumowanie

Jakie to płyną konkluzje z moich podróży i doświadczeń w różnych częściach świata? Te najbardziej ogólne konkluzje byłyby takie: Jest wiele porządków „normalnych” w dodatku do naszego. A więc nie wybrzydzać się na inność kultur dlatego, że są inne. To była konsekwencja moich podróży po egzotycznych krajach. Moja druga zdobycz to wyzbycie się zaściankowości i parafiańskości. A więc nie mierzyć innych kultur naszymi miarkami i normami. Nie powtarzać sobie (przynajmniej w podświadomości), że to nie tak, bo to się kłóci z moimi polskimi doświadczeniami. Wszystkie moje doświadczenia i perypetie, zawody i zachwycenia wiodły mnie do najbardziej generalnej konkluzji, że rodzaj ludzki jest piękny, mimo wszystkich jego pęknięć. Gdy przezwy­ciężymy naszą rodzimą parafiańskość i spojrzymy wokół – szeroko i głęboko – to nieuchronnie dostrzeżemy głębię i piękność świata.
Jak sobie świat wyobrażasz, w takim świecie partycypujesz. W czym partycypujesz, tym się stajesz.
Tak więc, im piękniejszy umysł, tym piękniejszy świat, zarówno przeszły, jak i przyszły. Wielkość naszej przyszłości zależy od wielkości naszego umysłu. Interpretacja naszej historii zależy od głębi naszego umysłu. Świat jest w procesie nie­ustannego stawania się. Jest to proces nieustannej transcedencji. To dążenie do transcedencji jest wbudowane w samą naturę rzeczy, w strukturę świata. Stąd też w całej ewolucji, jak i w świecie ludzkim (i osobistym świecie każdego z nas) widzimy nieodparte dążenie i wolę do wyjścia „poza”, aby sięgać po coraz to nowe szczyty i stacje. Taki jest sens transcedencji. Dążymy, bo musimy. Zawsze wyżej, zawsze głębiej.
Nasze marzenia są nieodłączną częścią naszego istnienia. Im większe nasze sny, tym większa szansa naszej przyszłości. Gdy nic się nie sieje, nic się nie zbiera. Wielkością naszego umysłu i naszych wizji, siejemy wielkie przyszłości.





Książka opowiada, jak żyć, jak się zachwycić światem, aby żyć w pięknie. Jak prząść idee nie z tej ziemi, bo ta ziemia stała się padołem płaczu. Wojny muszą się skończyć, a skończą się, gdy przestaniemy używać starego mechanistycznego myślenia.

Autor ma nadzieję, że książka stanie się przyczynkiem do nowego myślenia, bo nasza droga to droga do gwiazd.



na początek