sklep żółty cesarz

głodówka

kontakt
jeden krok wstecz  
na początek

TOKSYCZNY SYSTEM EKONOMICZNY

- według Ricka Jarowa - twórcy pojęcia antykariera. Słowa
nr 60/? ?




Potęgą oddziaływania symbole te dorównują dawnym "bogom", obdarzającym śmiertelnych łaskami lub zsyłających plagi.
Niczym gigantyczny silnik, który sam się napędza, "gospodarka" prze naprzód, wlokąc ze sobą wszystko: międzynarodowy rynek jako rzeczywistość społeczną, rodziny zdane na łaskę codziennych fluktuacji stopy procentowej i zwykłych ludzi, szkolonych w zawiłościach rachunkowości, aby umieli sami wymierzać sobie podatki. Doprawdy, ludzie spieszą do banku tak, jak niegdyś do kościoła, a do bezpośredniego uczestnictwa w rytuałach transakcji dopuszczani są wyłącznie arcykapłani finansjery; losy całych narodów unoszą się na falach giełdowego przepływu akcji i obligacji.
Czy jednak nie jest przypadkiem tak, że pod całą tą machiną mielącą codziennie biliony dolarów, którą trafniej byłoby porównać do wytrąconego ze swej osi koła globalnej ruletki, wciąż tkwimy w prymitywnym etosie łowcy i ofiary? Rynkami, nakręcanymi lękiem, rządzą odruchy paniki; jednostki i grupy społeczne desperacko bronią własnych terytoriów, nawet wtedy, gdy te na ich oczach rozpływają się, przemieszczają i zmieniają kształty. Nikt nie jest odporny na skutki ciągłej produkcji coraz to nowych ustaw i tego, co one za sobą pociągają. O tym mówią zarówno zwolennicy gospodarki planowej, jak i wolnego rynku, ale żadna ze stron zdaje się nie dostrzegać ani nie brać pod uwagę wizji tego, czym naprawdę jest ekonomia: która, jak w Earth Household stwierdził poeta Gary Snyder, jest poddziedziną ekologii; nie bierze się pod uwagę tego, że gospodarka i jej energie stanowią cząstkę większej całości - niepodzielnej jedności przyrody.
Ekonomia niewątpliwie podlega prawom natury, ale zarazem stanowi samą podstawę delikatnych relacji międzyludzkich, które tworzą kulturę. W istocie słowo "ekonomia" wywodzi się od greckiego oikos, czyli dom oraz oikovopia - prowadzenie gospodarstwa domowego. Tradycyjnym rzymskim gospodarstwem domowym rządziła, jak twierdzono, Junona, bogini partnerstwa. Posiadanie domu oznaczało uczestniczenie w skomplikowanej sieci wzajemnych związków, tak że wymiana ekonomiczna była osadzona w głębokich więziach pokrewieństwa i stosunków społecznych.
W uprzemysłowionym świecie z jakiegoś nieznanego bliżej powodu przyjęło się założenie, że podstawą relacji międzyludzkich jest wytwarzanie rzeczy i sprzedawanie. Nocne opowieści przy ognisku, sentymentalne grzebanie wśród słoików po ciasteczkach, jedzonych w dzieciństwie, przesiadywanie na stopniu przed domem albo w kawiarni i przyglądanie się biegowi świata - wszystko to stało się zajęciem dla gminu: aby naprawdę liczyć się w grze, musisz stale kupować i sprzedawać. A swoje dzieci, ma się rozumieć, musisz wykształcić tak, żeby mogły skutecznie "konkurować" w systemie wolnego rynku.
Gdy poważnie zastanowimy się nad relacjami wymiany między dzisiejszymi sprzedawcami a kupującymi, odkryjemy, że ta nieustanna ruchliwość i szaleńcza aktywność wiążą się z nadzwyczaj wysokim poziomem toksyczności. Toksyny są to trucizny, które trafiają do naszego organizmu, wędrują z krwią i nieraz osadzają się w różnych narządach. Analogiczne zjawiska można jednak dostrzec w naszym życiu. Gdy bowiem przyjrzymy się energiom głównego nurtu wymiany rynkowej, widzimy zatruty system ekonomiczny i pole silnej toksyczności.
Jak ta trucizna przejawia się w świecie społeczno-gospodarczym? Jakie są objawy? Otóż są to wciąż te same objawy, które opisywał Marks: rażące nierówności społeczne i alienacja pracy, obecnie tylko spotęgowana przez rozwiniętą technikę i nową "szczupłą ekonomikę", nastawioną na osiąganie maksymalnej wydajności minimalnym kosztem. System produkcji masowej zawsze zagrażał bytowi rzemieślników i fachowców o wysokich kwalifikacjach, ale nowoczesna technika informacyjna, która sprzyja skupianiu coraz większej liczby zadań w rękach coraz mniejszej liczby pracowników korporacji i nieustannym "modernizacjom" przedsiębiorstw, jeszcze bardziej nasila przepływ bogactwa od strony społeczności regionalnych, od niżej wykwalifikowanych pracowników i od klasy średniej w stronę posiadaczy środków kapitałowych i związanej z nimi, nowo powstałej "technoarystokracji". Dodajmy do tego nieuniknione społeczne niezadowolenie z ciągłej pogoni za wzrostem wydajności przedsiębiorstw, któremu nie towarzyszy wymierna poprawa standardu życia zatrudnionych, czynnik anonimowości (praca bez wzajemnego osobistego związku między pracownikiem a pracodawcą) oraz chroniczny stan chwiejnej równowagi, wynikający z nieufności i niepewności co do rynkowych fluktuacji (np. dziesięciokrotny wzrost cen farb drukarskich w ciągu tygodnia, który sprawia, że małe firmy poligraficzne wypadają z rynku) - i oto mamy gospodarkę toksyczną.
Zanikła gospodarka sąsiedzka, w której znało się osobę, u której się kupowało albo sprzedawało. Odeszliśmy od modelu wymiany pieniężnej, przebiegającej w ramach stałych wzajemnych kontaktów - gdzie sprzedawca w sklepie spożywczym pytał klientkę, jak się miewa jej rodzina. Mówiąc słowami Paula Hawkena, nastąpiło przejście od rynku klientów do rynku konsumentów. Klienci funkcjonują w wymiarze lojalności, wzajemnych związków oraz wspólnej tradycji i historii. W relacji sprzedawca-klient proces kupowania/sprzedawania, dawania i przyjmowania stanowi, obok wymiany pieniężnej, jednocześnie wymianę ożywczej energii eterycznej. Konsument natomiast nie ma żadnego osobistego związku z ludźmi, od których kupuje, tak samo jak masowy producent nie ma żadnego związku z ludźmi, którym sprzedaje. Producent nie sprzedaje swego produktu ludziom, ale rynkowi. Konsument zaś wchodzi do pasażu handlowego i nabywa towar z wieszaka. Jeśli sprzedawcy w ogóle tam są, to są oni tak źli na swą bezmyślną pracę przez osiem godzin każdego dnia w sztucznym świetle itd., że przekazują tę swoją złość i niechęć kupującemu - poprzez brak dbałości o produkt bądź wiedzy o nim, przez nieuprzejmość i inne niedostatki umiejętności współżycia z ludźmi. Każdy, kto miał wątpliwą przyjemność czekać przy stoisku "informacyjnym" w domu towarowym, zna ten scenariusz aż nazbyt dobrze.
Porównując kipiące życiem indyjskie czy bliskowschodnie bazary z ich różnorodnością zapachów i bogactwem relacji międzyludzkich oraz nowoczesne centra handlowe, nie sposób oprzeć się uczuciu przygnębienia. Każdemu, kto odwiedził jedno z tamtych miejsc, gdzie kupujący spotykają się z gościnnością i opieką sprzedawców, i gdzie nawet targowanie się jest rytualną częścią wymiany, nie jest lekko wrócić do bezosobowego świata, w którym słyszy się tylko "proszę numer karty kredytowej i nazwisko panieńskie matki". Jednak nasz system ekonomiczny dalej chełpi się swą bezmyślną pogonią za wydajnością, zaś poszczególni ludzie nie ośmielają się zastanowić nad tym, że im więcej kupują, tym większy odczuwają brak, ponieważ sam akt kupowania czy sprzedawania przynosi im mało satysfakcji. Tym, czego naprawdę łakniemy, czego jesteśmy spragnieni i bez czego nie możemy żyć, jest kontakt, wymiana żywej energii z drugim człowiekiem.

Bazar kontra centrum handlowe

Z czego wynika to, że tradycyjne bazary były i wciąż jeszcze są miejscami tak nas energetyzującymi, podczas gdy robienie zakupów w nowoczesnym centrum handlowym rodzi uczucie wyczerpania? Na poziomie trzewi za podstawę porównania można przyjąć jakość energii, przepływającej między ludźmi w jednych i drugich miejscach. Gdy wynaleziono telefon, jeden z przyjaciół amerykańskiego pisarza i przyrodnika, Henry'ego Davida Thoreau, zachwycał się, jak to wspaniale, że teraz stan Maine może porozmawiać z Kentucky, na co Thoreau odparł: To świetnie - pod warunkiem, że Maine i Kentucky faktycznie mają sobie coś do powiedzenia.
Język, jak sądzi współczesna antropologia, wyewoluował ze zrytualizowanych archetypowych gestów. Jeśli to prawda - a przypuszczam, że tak - to znaczy, że różne formy wymiany między ludźmi, które rozwinęły się z tych form fundamentalnych są głęboko zakorzenione w pamięci gatunkowej i naszych wzajemnych powiązaniach, a przez to niosą w sobie niesłychaną moc oddziaływania. Na pewnym poziomie język, ekonomia i religia wzajemnie się odzwierciedlają. Każde z nich jest bowiem systemem kulturowym, który opiera się na podobnej dynamice transakcji. Za każdym razem, gdy dokonujemy jakiejś wymiany, wymieniamy między sobą "manę", siłę życiową, która utrzymuje wszystko, co istnieje. Im mniej jesteśmy na to wyczuleni, tym bardziej brakuje komunii-komunikacji w sferze, gdzie łączymy się poprzez nasze pola eteryczne i wyobraźnię, i tym więcej trzeba mówić i robić. Prowadzi to do "gromadzenia gór informacji" (słowami Martina Bubera), do fałszywych obietnic cyberprzestrzeni i do toksyczności rozprzestrzenianej przez ponadnarodowe korporacje - problem Maine-Kentucky razy tysiąc. Nadmierna aktywność (nie kończące się listy rzeczy do zrobienia) i przygniatający nas nadmiar materiałów nie są efektem twórczego sposobu życia; świadczą one raczej o chorobliwym przeroście pewnych zdolności, które szaleją na oślep, nie dając się zatrzymać.
Sytuacja w świecie materialnym - toksyczne wysypiska odpadów, które nie rozłożą się przez tysiąc lat, góry zużytych opon, tysiące hektarów asfaltu i spalin, rtęć w wodzie pitnej, ryby pływające do góry brzuchem itd. - odzwierciedla stan głębokiego psychologicznego zakłamania. System ekonomiczny, niezdolny do uporania się z powszechnym poczuciem wiecznego niespełnienia ani do przyznania się do tego, jak absurdalne są formy społeczne, których powstawaniu on sprzyja, działa toksycznie. Zalegalizowana zachłanność na przedmioty, doświadczenia i informacje, nie mówiąc już o władzy, ściąga kulturę w dół po równi pochyłej. Tymczasem u podłoża wymiany dóbr i usług tkwią wartości. Skąd się te wartości biorą? Czy są one czymś, co się dziedziczy? Czymś świadomym? Czymś, co można przekształcać? Jak się to robi? Oto istotne pytania naszych czasów.
Na przestrzeni ostatnich stu lat widzieliśmy, jak całe narody próbowały wymyślić siebie od nowa w imię "ludu" albo w imię "jednostki", a jednak natura ludzka się buntuje, pozostając świadoma istnienia innego porządku. Przykładowo, co najmniej dwukrotnie w dobie nowożytnej władze próbowały zmienić strukturę tygodnia pracy. W czasie rewolucji francuskiej ustanowiono "system dziesiętny", oparty na dziesięciu dniach w tygodniu i dziesięciu miesiącach w roku, a za rządów Stalina tydzień pracy obcięto do pięciu dni bez weekendów, co następnie zmieniono na system sześciodniowy z jednym dniem wolnym, ruchomym, aby fabryki mogły pracować bez przerwy. W obu przypadkach chciano poprzez racjonalne planowanie skończyć z przestarzałą religijną mitologią, a zarazem rozkręcić wydajność ekonomiczną. Obydwie próby jednak zakończyły się fiaskiem, ponieważ nie udało się wdrożyć do nowego systemu mieszkańców wsi, wewnętrznie zestrojonych z głębszymi rytmami.
O ile nasi antenaci, tacy jak Konfucjusz czy Mojżesz, mogli wskazać drogę do harmonijnego życia w oparciu o wzór wyidealizowanej mitycznej przeszłości albo bytu transcendentnego, świat ponowożytny nie może na nowo odgrzebywać absolutyzmu. Żaden Bóg-władca, zesłany z nieba zbawiciel, wszechobejmujący system czy zbiór reguł nie zaprowadzi nas do ziemi obiecanej. Podążanie tym torem myślowym jest powrotem do dziecinnej mentalności, która poprzez wiarę już to w gospodarkę planową, już to w osobowych zbawicieli, przyczyniła się do powstania sytuacji, w jakiej obecnie się znajdujemy.
Co więcej, wolnego rynku nie da się okiełznać inaczej jak za straszną cenę zagubienia przymiotnika "wolny". Wolność jednak stwarza możliwość badania różnych rozwiązań i dzielenia się owocami tych poszukiwań z innymi. W takich warunkach ci, którzy przebrnęli przez mętne wody "czerwonego" i "niebieskiego" - ucisku w gospodarce planowej i wyzysku w gospodarce kapitalistycznej - mogą zacząć dążyć do "zielonego", otwierając się na wrażliwość, jakiej uczy natura, przedkładając życie uważne i jakość życia nad wydajność oraz przyjmując zasadę wzajemnej korzyści. Niezbędne wartości wyłonią się zaś z głębi nieskończonych sił bytu. ¦rodowisku ruchu transpersonalnego, mam wrażenie, przypada rola położnej: intuicyjnie wyczuć wyłanianie się tych wartości, asystować przy ich przenikaniu do świadomości, a następnie dopracowywać je w otwartym, wolnym i nieskrępowanym dialogu.

Plan alternatywny

Hasło myśleć globalnie, działać lokalnie brzmi dość szlachetnie, ale może się wydawać naiwne wobec globalnej sieci zależności, gdzie lokalne społeczności podlegają przemożnym wpływom potężnych sił. Niemniej, w sloganie tym niewątpliwie tkwi pewna mądrość. W mechanistycznym świecie uszkodzoną maszynę można było po prostu naprawić. Dziś, w erze informatycznej uszkodzenie maszyny wskazuje na to, że prawdopodobnie była ona źle zaprogramowana.
Jeśli pierwsze działanie we wzorze matematycznym jest błędne, to choćby każde inne działanie zostało przeprowadzone po mistrzowsku, ostateczny wynik będzie zniekształcony. Rozsądny człowiek nie może zatem zadowalać się naprawianiem maszyn, bez względu na to, czy zajmie się tym rząd, wielki biznes, zinstytucjonalizowana religia czy oświata taka, jaką znamy - wszystkie one bowiem opierają się na głęboko błędnej pierwotnej przesłance uprzedmiotawiania świata i dążenia do dominacji człowieka nad naturą. Zmiany przychodzą z dołu, od podstaw: od świadomości, poprzez inicjatywę poszczególnych jednostek, do budowania społeczności. Amerykańska artystka Annie de Franco, która nie przyjęła oferty sponsorskiej ze strony wielkich wytwórni płytowych po to, by móc zachować kontrolę nad własnymi utworami, pisała: Jeśli nie chcesz pracować dla "niego", musisz mieć plan alternatywny. Po pierwsze: tym, co się liczy, nie jest końcowy wynik czy produkt. To proces, w którym się znajdujesz, odzwierciedla to, kim jesteś, dokąd zmierzasz, i jakie dziedzictwo zostawisz po sobie. Z punktu widzenia współzależnego pochodzenia wszystkich rzeczy, nigdy nie może zaistnieć zrealizowany ideał, jakiś złoty wiek gdzieś w przeszłości czy w przyszłości, ustalony raz na zawsze niezmienny cel. Przyszłość rezonuje z naszym obecnym rozwojem i zmienia się z każdym naszym krokiem. Zwracajmy więc uwagę bardziej na proces niż na produkt: jeśli proces jest autentyczny, produkt będzie majstersztykiem - dokładnie odwrotnie niż w formule Machiavellego.
Następnie więc przyjrzyjmy się naszemu procesowi. Czy akty wymiany, w których uczestniczymy, energetyzują obie strony? Oto druga rzecz, którą warto wziąć pod rozwagę. Czy nasze przychodzenie i odchodzenie, kupowanie i sprzedawanie, dawanie i przyjmowanie odbywają się w duchu obustronnej korzyści? Tylko tak można przebudować kulturę robienia interesów, kulturę wymiany, wprowadzając ją na drogę serca. Karma to wymiana, i właśnie w świecie wymiany przepracowujemy naszą karmę. Przyszło mi kiedyś do głowy, że cała olbrzymia konstrukcja rynku jest niczym innym jak tylko nieporadną formą przepracowywania (tj. oczyszczania) naszych wzajemnych relacji. Jeśli wygrywamy coś cudzym kosztem, siejemy urazy, złość i - potencjalnie - przemoc. Dokładnie tak samo dzieje się, kiedy przegrywamy dla kogoś innego. Nietsche, odrzucając ideał ascetyczny, jako jeden z pierwszych Europejczyków ośmielił się wypowiedzieć myśl, że "przegrywanie" (tzn. męczeństwo i samopoświęcenie) jest tak samo niezrównoważoną postawą jak "wygrywanie", jako że obydwie strategie stwarzają sytuacje dominacji i uległości. Sam Nietsche, niestety, wrócił potem do paradygmatu wygrany-przegrany, ale nietoksyczne są tylko sytuacje obustronnych korzyści.
Chiński ideogram żen, który oznacza "ludzkość" albo "życzliwość", wyraża energię wzajemności w postaci dwóch linii podpierających trzecią. Zasada wzajemnej korzyści, znajdująca wyraz w sytuacjach wygrany-wygrany, odnajduje złoty środek pomiędzy kapitalistycznym indywidualizmem - wywyższającym jednostkę kosztem społeczeństwa - a socjalistycznym kolektywizmem, stawiającym na pierwszym planie państwo kosztem jednostki. Poszczególne "izmy" w ogóle ciążą ku sytuacjom przegrywającym, ponieważ dążą do narzucenia ludziom jednego szablonu, zamiast wspierać wzajemną wymianę i kreatywność.
Potworny lęk przed wolnością kreowania własnego życia można uśmierzyć, przyjmując za obowiązującą zasadę wzajemnej korzyści. Gdy ma się dookoła wiele zróżnicowanych wzorów, różnych mentorów i kolegów, gdy można wybierać spośród wielu dopuszczalnych i akceptowanych możliwości, wówczas twórcza ekspresja i innowacje mogą się ujawniać bez skrępowania. Model pluralistyczny - trzeci charakterystyczny element nietoksycznego planu alternatywnego, jest czym innym niż model relatywistyczny. Model relatywistyczny odrzuca wszelkie wartości hierarchiczne, podczas gdy pluralistyczny akceptuje je w ramach specyficznego kontekstu. Żaden kontekst nie musi być stawiany wyżej niż inne. W artykule na temat nowoczesnego miasta James Hillman stwierdza, że zbyt wielką wagę przywiązuje się do osoby burmistrza. Innowacyjność i ekspansja mogą rozkwitać wtedy, gdy dobrze działa komórka d/s wodociągów, wydział utrzymania parków, rada do spraw sztuki i izba handlowa.
Tyrania pana i plebana w tej czy innej formie będzie trwać nadal w takim stopniu, w jakim nie respektuje się indywidualnych impulsów i nie daje się im pola do działania. Toksyczność bezdusznej produkcji i konsumpcji będzie szerzyć się dalej tak długo, jak długo nie zostanie rozbudzony społeczny impuls do celebrowania życia i przeżywania go we wspólnocie. Plan alternatywny porzuca centralne miejsce "systemu" i otwiera się na jednostkę; porzuca jednostkową historię i otwiera się na społeczność - czy to poprzez pracę na własny rachunek, poprzez pracę z ludźmi i dla ludzi, których rzeczywiście szanujemy i popieramy, poprzez rozwijanie niekonsumpcyjnych stylów życia, takich jak życie we wspólnotach lub dobrowolne ubóstwo, czy też poprzez wkraczanie na globalny rynek w roli niezłomnych rycerzy przemian. Dzięki pracy na rzecz przeobrażenia toksycznych dziś kontaktów międzyludzkich, globalny rynek stanie się rynkiem kosmicznym. A co z owymi szczerzącymi kły demonami, które gromadzą informacje, broń i nie wiadomo co jeszcze? Gdy celebrowanie życia rozkręci się na dobre, zaprośmy je na salę taneczną. Przecież każdy lubi się bawić, dlatego jeśli wystarczająco dużo ludzi zacznie naprawdę dobrze się bawić, toksyczna część nas samych być może sama zrezygnuje ze swoich gier i przyłączy się do wspólnej zabawy.

tłum. J. P. Listwan


Autor: Rick Jarow

tematy pokrewne:

>>>> Przekraczanie potoczności   - ... czyli o co chodzi Andrzejowi Dudkowi-Durerowi? Z wrocławskim artystą Andrzejem Dudkiem-Durerem o życiu, sztuce, reinkarnacji, rozmawia Agnieszka Olędzka.
nr 51 czerwiec / 1999

>>>> Publikacja pracy licencjackiej Sławomira Józefowicza   - Włodek Józefowicz - rolnik i socjolog z wykształcenia i zainteresowania. w 2007 ukończył studia pierwszego stopnia na umk w toruniu na wydziale humanistycznym. od trzech lat prowadzi niewielkie gospodarstwo rolne przejete od rodzicow, od dwóch lat me czerwiec / 1999


Znaleziono 2 artykuły związane z tematem Klub ludzi Antykariery.




- [ do^góry ] - [ spis działów ] - [ antykariera ] - [ ekologia ] - [ kosmetyki ] - [ kultura ] - [ lekarze ] - [ medycyna ] - [ nieznane ] - [ rośliny ] - [ rozmowy ] - [ wegetarianizm ] - [ odżywianie ] - [ wegetarianie ] - [ zwierzęta ] -